Strona główna       |        Napisz do nas

Tutaj jesteś: strona główna  |  Nasza Patronka  |  O mojej Mamie Halinie - Aleksandra Semenowicz

O mojej Mamie Halinie - Aleksandra Semenowicz

Na początku lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, w Poznaniu, trudno było żyć. W tym mieście dyscyplina i posłuszeństwo były w cenie, a w Polsce panował wszechwładny stalinowski reżim.

Moja Matka, repatriantka z Francji, gdzie ideologie kończyły się przy furtce ogrodowej, a ludzi mieli wrodzony smak i zmysł zabawy, zupełnie nie wpisywała się w duszną atmosferę podejrzeń, wzajemnych szykan i nagonek w szkole TPD, szkole- molochu na ponad 1000 dzieci.

Uczyła tam francuskiego i angielskiego, była również wychowawczynią jedenastej klasy, najgorszej z kilku, gdzie wąsaci młodzieńcy palili papierosy i nic ich nie obchodziły sonety Mickiewicza ani pozytywistyczne idee powieści Prusa czy Orzeszkowej.

W takich czasach Matka wychowywała dwie rozhukane dziewczynki, swoje córki. Bez ojca, który umarł kilka lat wcześniej. Bezpośrednią przyczyną jego śmierci był widok ukochanego miasta, Warszawy, zdruzgotanej, zamienionej w spopielałą pustynię. Wracał z Francji, a tam zostały jeszcze żona i dwie córeczki.

Mama uważała, że jedyne co może nam podarować to wyobraźnia. Tak zaczęły się nasze słynne zabawy w wyobrażanie wszystkiego, czego w rzeczywistości nie miałyśmy lub mieć nie mogłyśmy.

Rankiem, kiedy trzeba było wstać do szkoły, Mama wkraczała do pokoju, w którym spałyśmy i przez sen słyszałyśmy jej głos: Uwaga, uwaga! Pociąg dojeżdża do stacji Koluszki, już za chwilę będziemy w Warszawie. Proszę ubierać się i pakować swoje walizki. Potem zapraszała nas na śniadanie do wagonu restauracyjnego. O ileż łatwiej było nam wstawać, gdy było się ważnym pasażerem sleepingu.

W ogóle z podróżami i pociągami dużo było zabaw. Wciąż bowiem tęskniłyśmy do Warszawy, bardzo chciałyśmy wyjechać z Poznania, tego zbyt poważnego w naszych oczach miasta.

Poprzez zabawę niepostrzeżenie wdrażałyśmy się w codzienne obowiązki. Wszystko jednak miało swoja cenę. Mamy często długo nie było w domu. Szkolne konferencje trwały czasem do późna. A my, by sprawić jej przyjemność, starałyśmy się jakoś pomóc. Nakrywałyśmy na przykład do kolacji, ozdabiając stół gałązkami paproci, która rosła w doniczce albo wypastowałyśmy Mamie… jej zamszowe buciki, które tak bardzo lubiła.

Uczyłyśmy się też myśleć o innych. Kiedy bywałyśmy na dziecięcych przyjęciach, prosiłyśmy o miseczkę sałatki dla Mamy, bo wydawało się nam, ze też musi zjeść to, co nam tak bardzo smakowało.

Kiedy Mama gotowała obiad i przypadkiem przypaliła ryż, bo była zajęta przygotowaniem do lekcji, przekonywała nas, że jesteśmy w chińskiej restauracji. Chleb z margaryną, posmarowany musztardą, udawał najsmakowitsze kanapki z szynką.

Nasze własne pomysły Mama podchwytywała z całą powagą, nigdy ich nie wyśmiewała. Rodziło to w nas dumę i wiarę w siebie. Później dotyczyło to także poważniejszych przedsięwzięć- Danka pisała i robiła świetne zdjęcia, ja malowałam.

Celestyn Freinet mówił: „Dziecku potrzebne są chleb i róże…” To wszystko, co jest takie oczywiste w pedagogice Freineta, Matka intuicyjnie wprowadzała w nasze życie, a także w życie swoich nieznośnych klas, z których wychodzili w końcu najlepsi uczniowie i wspaniali ludzie.

Mieszkając w szkole wymyślałyśmy czasem zabawy dość kontrowersyjne, a w klasie swoimi pomysłami stwarzałyśmy niekiedy ferment, który nie był mile widziany. W trzeciej klasie potrafiłyśmy zorganizować wszystkich uczniów, by głaskali biednego pieska przybłędę, mimo że dawno już przebrzmiał dzwonek na lekcję. Z tych powodów nie zawsze byłyśmy lubiane przez nauczycieli i szkolne sprzątaczki.

Nasza Mama nauczyła nas wiele, świecąc wszystkim swoim przykładem. Życzliwość, otwartość, a przede wszystkim świadomość, że nie idzie się przez świat samemu, nie zważając na innych- to dar od niej. Nauczyła nas też marzyć, co bardzo przydało nam się w dorosłym życiu.

Ofiarowała nam miłość do przyrody, znajomość ziół, drzew, ptaków. Poświęcała swój wolny czas. Wycieczki do muzeów i zwykłe wyprawy nad jezioro poszerzały świat naszych estetycznych doznań. Mama zabierała nas do opery, uczyła słuchać muzyki. Dużo śpiewałyśmy razem na trzy głosy. To wspólne śpiewanie musiało nam wystarczyć, bo nie stać było Mamy na prywatne lekcje gry na pianinie, co było wielkim marzeniem jednej z nas.

Kiedy czasem tęskniłyśmy do Francji, gdzie jedzenie w restauracji było codziennością, mama decydowała się zabrać nas do restauracji, choć stać nas było tylko na trzy porcje frytek. Ale i w takiej sytuacji uczyłyśmy się właściwie zachować i ładnie jeść.

Ze sportów uprawiałyśmy tylko jazdę na łyżwach. Każda na jednej! To było już w Otwocku, gdy Mama kierowała Prewentorium na Majowej. Po tej ulicy zimowa porą, trzymając się za ręce, ślizgałyśmy się na swoich łyżwach. Nauczycielki samotnie wychowującej dzieci nie stać było wtedy na ekskluzywne sporty- jak narty, czy pływanie.

Żeby wyjechać w góry na miesiąc wakacji, co było naszym wspólnym wielkim marzeniem, Mama zbierała pieniądze i przez cały rok wysyłała je rodzinie górala, gdzie miałyśmy zamieszkać, w ratach po sto złotych. Tak znalazłyśmy się na Gubałówce. Były to nasze najpiękniejsze wakacje w życiu.

Ja z pasją malowałam góry. Siedząc na balkonie miałam przed oczyma cały łańcuch górski z potężnym Giewontem. Danusia łapczywie czytała, a Mama najczęściej stała nad kuchnią lub balią, w której prała nasze kretonowe sukienki.

To był czas jagód i czas imienin Danki, Anny Marii. Mama urządziła nam jagodowe przyjęcie. Wczesnym zaś rankiem przygotowała w lesie niespodziankę. Miałyśmy iść do lasu po znakach z czerwonej wełny i szukać skarbu. Tam wśród gęstwiny i zajęczej kapusty, wśród świerkowych korzeni ukryty był… Tomcio Paluch, mała laleczka. Jakaż była nasza radość, gdy go odnalazłyśmy.

Rok później dopuściłam się straszliwego przestępstwa, zamieniłam Tomcia Palucha na liczydło z kolorowymi paciorkami. Danusia wypominała mi to długo, jeszcze po wielu latach jako całkiem dorosła osoba.

Podczas gdy my się dobrze bawiłyśmy, Mama zbierała szyszki, którymi paliła w żelaznym piecyku. Wtedy nazwałyśmy ją „Szyszynką”.

Dziś myślę, że Mama Halina- jak ją już później obie nazwałyśmy- była wspaniałym pedagogiem, obdarzonym wielką intuicją, a spotkanie z Celestynem Freinetem było ukoronowaniem drogi, jaką przeszła.. od pracy z dziećmi górników w Belgii, dokąd jako młoda dziewczyna, ze skrzypcami pod pachą, wyruszyła z harcerską misją. Do kierowania szkołą dla dzieci chorych na gruźlicę w Sanatorium na Barowej w Otwocku. Po drodze pokonała wszystkie stopnie pedagogicznego wykształcenia, aż po doktorat u prof. Bohdana Suchodolskiego. W Państwowym Instytucie Pedagogiki Specjalnej współpracowała z prof. Marią Grzegorzewska i Janiną Doroszewską.

Sama będąc także nauczycielem akademickim wychowywała młodych nauczycieli. Im pewnie także, podobnie jak nam, swoim córkom, mówił- Cieszcie się chwilą. A kiedy musicie dokonać wyboru z dwóch różnych, a trudnych spraw, wybierzcie zawsze trudniejszą.

Tworząc podwaliny ruchu freinetowskiego, nawiązała bliską i serdeczną współpracę z prof. Aleksandrem Lewinem. Wspólnie z nim przetłumaczyła wybrane dzieła Celestyna Freineta. Przyjaźń tych dwojga przetrwała do końca jej dni.

Kiedyś, gdy z trudem już wstawała, nagle usłyszała śpiew. Z moja pomocą podeszła do okna, za nim w podmuchach wiatru kołysał się łan zboża. Ucieszyła się, bo jej się wydawało, że widzi gromadkę dzieci, które śpiewają dla niej.

Halina Semenowicz była marzycielką i niepoprawną optymistką, wspaniałym pedagogiem, a dla nas przede wszystkim naszą Kochaną Mamą.

Aleksandra Semenowicz

Skok do góry

WebinspiracjeAdmnistracja serwerowa i utrzymanie serwisu
Webinspiracje - Agencja Internaktywna - Stanisław Stadnicki
Licznik odwiedzin: 1729592